|
|
Imię i nazwisko: Ludwik Pisarczyk
Kraj pochodzenia: Polska
Data urodzin:
1937 rok
Ulubiona rasa: owczarek niemiecki
Ulubiony drink: czerwone wino
|
|
Kiedy Ludwik Pisarczyk zaczynał swoją przygodę z kynologią, ZKwP ledwo raczkował. Oficjalnie został członkiem Związku dopiero w 1970 roku. Jego ulubioną dyscypliną sportową jest tropienie i właśnie jako reprezentant Polski na MŚ FH zajął wysoką, 13. lokatę. Dziś z niepokojem obserwuje zmiany zachodzące w psim sporcie i zastanawia się, dokąd zmierza polska kynologia sportowa...
|
- Zacznijmy od samego początku. W jaki sposób w Pana życiu pojawiły się psy?
Tak naprawdę moja kariera sportowa zaczęła się, kiedy przeszedłem na emeryturę, ale już wcześniej miałem do czynienia z psami. Dużo czasu spędzałem w ośrodku szkolenia w Sułkowicach, gdzie przygotowywano psy do służby w milicji. Dopiero w 1970 roku, kiedy byłem już na emeryturze, zapisałem się do ZKwP i ponieważ miałem więcej wolnego czasu, zająłem się pracą sportową.
- Jak postrzega Pan zmiany, które zaszły w polskiej kynologii przez ostatnie 30 lat?
Według mnie psów i hodowli jest dzisiaj mniej niż w latach ’60, kiedy był na psy duży popyt, ale wzrosła ich jakość. Do lat ’90 w zawodach sportowych brało udział wielu zawodników, a na szkoleniach były tłumy. Później nagle nastąpił regres, co widać było choćby po listach startowych. Jest także duża rozbieżność pomiędzy psami z czołówki IPO 3 a pozostałymi zawodnikami. Kiedyś wybór najlepszej piątki byłby o wiele trudniejszy.
Inna sprawa to fakt, że za sprawą działań GKS sport w coraz większym stopniu staje się prywatną sprawą zawodnika. Jako sportowiec czuję, że nikomu już nie zależy na zawodniku i jego pracy. Na zawody człowiek jedzie sam i na swój koszt, sam się przygotowuje do startu, sam płaci za treningi z pozorantem, itd. GKS ściąga duże kwoty za egzaminy i testy, ale nie chce w zamian finansować reprezentantów na MŚ. Uważam, że zyski powinny służyć zawodnikom, a tak naprawdę o polski sport dbają jedynie pasjonaci i prywatne ośrodki szkolenia.
Kiedy zawodnik jedzie na MŚ, reprezentuje tam przede wszystkim swój kraj i GKS, ale ponieważ płaci za wszystko sam, staje się de facto reprezentantem tylko samego siebie i swojego psa. Kiedy mu się nie powiedzie, słyszy jedynie słowa krytyki, ale gdy odnosi sukces, chluba przypada GKS. Wielu zawodnikom przestaje zależeć na pracy i dostaniu się do reprezentacji, ponieważ nie ma nikogo, kto by się nimi zaopiekował. To absurd, że GKS nie zgadza się na sponsorów i na to, aby zawodnik mógł pokazać się w barwach swojego klubu.
Niesprawiedliwością jest, że nie wolno zarejestrować szkoły jako klubu w ZKwP, ale pies musi być zarejestrowany i płacimy za niego składki... Te wszystkie działania nie służą rozwojowi polskiej kynologii sportowej.
Teraz wiele osób szkoli prywatnie i dziwi mnie, że GKS nie monitoruje tego, jak wygląda szkolenie przede wszystkim w tych ośrodkach, w których pracują licencjonowani instruktorzy. Przecież oni dają świadectwo renomy, o którą powinno się dbać. Z drugiej strony zdecydowanie powinno się wymagać, aby sędziowie brali udział w seminariach i szkoleniach. Inaczej nie będziemy na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie.
- Jak wspomina Pan swój start na MŚ FH?
W zawodach FH brałem udział dwukrotnie. Za każdym razem o tym, że mogę jechać, dowiadywałem się w ostatniej chwili. Jechałem sam, a uważam, że powinna być ze mną osoba do opieki, pomocy, po prostu na wszelki wypadek. Zawsze przyda sie ktoś, kto „przytrzyma psa”. Sam musiałem szukać noclegu i organizowałem sobie cały pobyt. Nasz pierwszy ślad na MŚ w 2008 r. był bardzo trudny, ponieważ deptacz ułożył nam zakręt wzdłuż drogi. Nie byłem zadowolony z wyniku, ale potem pomyślałem sobie, że to nie ma znaczenia, robię to tylko dla siebie, bo i tak nikt mnie nie pochwali ani nie zgani. Czułem się osamotniony.
|
- Co chciałby przekazać Pan młodym zawodnikom?
Żeby się nie poddawali i zawsze byli dumni ze swoich osiągnięć.
Podziękowania dla Julii Wolin za pomoc przy realizacji materiału.
|
|